Raperzy

Lata 90. to w Polsce nie tylko okres depeszowców, triumfów wokalistek spod znaku Justyny Steczkowskiej czy Edyty Bartosiewicz oraz rosnąca popularność disco polo. To także czas narodzin rodzimego rapu.

Dla nas rap to była czysta zajawka. Chodziliśmy do szkoły, a po lekcjach, kiedy mieliśmy wolne, robiliśmy muzykę. Całymi dniami - w tygodniu, w weekendy. To było nasze życie - mówił Rahim, członek legendarnej Paktofoniki, w wywiadzie dla studenckiego magazynu "Detalks", opisując początki sceny hiphopowej w Polsce. Nieco dosadniej ten okres wspominał Abradab: - Wierzyliśmy, że sukces tkwi w wyrazistości, więc poszukiwaliśmy jej różnymi sposobami.

To wszystko połączyło się jakoś z jaraniem gibonów. Zaczęliśmy palić marihuanę, więc odbieraliśmy rzeczywistość inaczej, intensywniej. Choć patrząc na obecny wysyp nowych składów hiphopowych, może się to wydać nieprawdopodobne, ale rap to wciąż muzyka elitarna. Tak jak jeszcze kilkanaście lat temu. Lata 90. to interesujący okres w historii naszego kraju nie tylko ze względu na transformację ustrojową. Odkąd Depeche Mode wydali kultową płytę "Violator" ze słynną różą na okładce, subkultura depeszów odważniej wkroczyła do Polski, a popularność święciło pogardliwe powiedzenie: Depeszowca wal z butowca. Dzięki Andrzejowi Horubale, szefowi rozrywki Programu 1 TVP w latach 1994-1996, Polacy pokochali wokalistki spod znaku Justyny Steczkowskiej, Edyty Bartosiewicz i Kasi Kowalskiej. Potrzebujący muzyki wyłącznie do tańczenia odnajdywali się w święcącym triumfy nurcie disco polo, a i pop wydawał się dużo bardziej ambitny niż obecnie - na pewno wciąż pamiętacie charakterystyczną melodię z "Flecików" Kayah, prawda? Do tego dochodził powoli rozwijający się rynek koncertowy, dzięki któremu w 1996 r. zobaczyliśmy w Warszawie samego Michaela Jacksona z jego spektakularnym "HIStory Tour". I gdzieś między "Białym misiem" a "Dziewczyną szamana", między kolejnymi przebojami przynoszonymi przez britpop, na uboczu, wśród blokowisk i dymu ze skrętów marihuany, znajdował się rap. Towarzyszyły mu nieodłączny walkman, czapki z daszkiem i szerokie spodnie. - Na tle tego, co się działo w polskiej muzyce, byliśmy kosmitami - przyznał Abradab w rozmowie z "Newsweekiem". Kaliber 44, założony przez niego w 1994 r. skład hiphopowy, to absolutny ewenement na polskim rynku muzycznym. Grupa produkująca tzw. psychorap szybko zyskała popularność wśród rodzimej młodzieży, a jej płyty zapisały się złotymi wersami nie tylko w historii polskiego hip-hopu, ale w historii polskiej muzyki w ogóle. Gdzieś równoległe aktywność zawodową rozpoczynali Liroy, Tede i Peja. Jednym z członków Kalibra był Piotr Łuszcz - Magik - osoba, którą ludzie nie tylko z branży określają mianem artysty kompletnego. Filar najpierw Kalibra 44, a potem Paktofoniki - grupy, o której traktował przebój kinowy "Jesteś bogiem". Rahim tak wspominał powstanie utworu, w którym trójka młodych chłopaków ze Śląska rapowała: "(...) ty też jesteś bogiem, uświadom to sobie, sobie". - Kiedy Magik pierwszy raz zarapował mi fragment "Jestem bogiem", oczy wyszły mi na wierzch. Zadzwonił i nawijał: "Jestem bogiem, jestem bogiem", a jego mama gdzieś w tle: "Tak, chyba samozwańczym". Eksperci nie mają wątpliwości - hip--hop się przyjął, ponieważ bodaj jako jedyny gatunek muzyczny dosadnie opowiadał o rozczarowaniach transformacją ustrojową. - Te teksty były jeszcze bardziej autentyczne niż wyznania punkowców z lat 80. - mówi mi osoba pracująca w jednej z wytwórni hiphopowych. - Dokładnie z tego samego względu popularność zyskał film "Psy". On też pokazywał, że w tej nowej rzeczywistości nie jest wcale tak spoko - dodaje. Jest to o tyle fascynujące, że hip-hop początkowo nie mógł liczyć na przesadne zainteresowanie ze strony mainstreamowych mediów. Tak jest w sumie do dzisiaj - szersza publiczność przypomina sobie o rapie dopiero przy okazji premiery filmu "Jesteś bogiem" czy dzięki egzotycznym duetom w stylu Focusa i Dody. Magik popełnił samobójstwo w 2000 r. Wyskoczył przez okno swojego katowickiego mieszkania, osiem dni po premierze płyty "Kinematografia". Raperzy, którzy mieli okazję z nim pracować, podkreślają, że tym samym skończył się w polskim hip-hopie pewien ważny okres. Fani do dziś prześcigają się w analizie twórczości Łuszcza pod kątem późniejszych, tragicznych wydarzeń. Na forach internetowych czytamy, że w odtworzonym od tyłu utworze "Plus i minus" (Magik napisał słowa) słyszymy: "Jeszcze cztery". Kawałek opublikowano w 1996 r., a więc cztery lata przed samobójczą śmiercią autora.

Najgorsza obelga dla rapera? "Sprzedał się". Peja już jakiś czas temu nawijał: "A ja kocham hip-hop i ten hip-hop nienawidzę. Z chujowizny szydzę, dla artystów ja kibicem". Pierwszym autentycznym komercyjnym sukcesem rodzimego rynku raperskiego była płyta Liroya "Alboom" z 1995 r. Już wtedy zaczęły się oskarżenia pod adresem "scyzoryka z Kielc", że nie jest tak bardzo undergroundowy jak jego koledzy po fachu oraz że rapuje po angielsku.

Abstrahując od poziomu artystycznego twórczości Liroya, należy zauważyć, że dzięki niemu (a może przez niego?) rapem zaczęły interesować się najważniejsze media. Mimo początkowej niechęci wobec hip-hopu wykształciła się moda na ten gatunek muzyki, a takie składy jak Wzgórze Ya-Pa 3 zapraszane były choćby do RMF FM, gdzie długo opowiadały o swoich dokonaniach. - Była to po trochu moda, ale przede wszystkim świeża muzyka, która przebiła się wśród tej skostniałej kry pływającej po oceanie polskiej muzyki. W pewnym momencie dla wielu hip-hop stracił urok nowości i trochę naturalnie boom na ten gatunek zniknął - wspominał Abradab na łamach "Detalks". Nim jednak to się stało, fani rapu otrzymali jeszcze kilka przełomowych wydawnictw na czele ze "Skandalem" Molesty - grupy muzycznej założonej z inicjatywy Vienia. Sam Vienio bardzo ewoluował od czasu, gdy kojarzono go raczej z "gangsterskim" rapem (wystarczy posłuchać tekstów z płyty "Skandal") - rok temu wydał interesujące wydawnictwo "Profil pokoleń vol. 1", na którym złączył hip-hop z klasykami polskiej muzyki, m.in. z Tomkiem Lipińskim, Kapitanem Nemo, Sztywnym Palem Azji czy Dariuszem Malejonkiem. I co ważne - raperzy niemal od początku doceniani byli przez rodzimy rynek muzyczny, o czym świadczą liczne nagrody Fryderyków przyznawane twórcom hip-hopu. Zanim dla rapu powstała osoba kategoria, statuetką uhonorowany został Liroy. I JESZCZE RAZ KASA Współczesna scena hiphopowa nie przypomina już tej z czasów Paktofoniki i Slums Attack. Grubson opisał to niegdyś tak: - Dawniej hip-hop robiło się stricte dla zajawki, a teraz mnóstwo gości robi to dla siana i nawet się z tym specjalnie nie kryją. Raperzy mają zgoła inne problemy niż ich starsi koledzy. Internet jest na tyle powszechny, że własne bity może stworzyć niemal każdy. A co najważniejsze - nie odtworzy się tego specyficznego okresu Polski lat 90., dzięki któremu eksplozja popularności rapu stała się jednym z najważniejszych zjawisk społeczno-kulturowych w ostatnich 25 latach. Wystarczy popatrzeć na dokonania najpopularniejszych obecnie propagatorów rapu: Pezeta, Sokoła, O.S.T.R. czy Eldo. Zresztą rzeczywiście istotnych artystów jest tyle, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że hip-hop stał się bardziej poetycki, wymagający. Jeden z dziennikarzy muzycznych powiedział mi niedawno, że poezja zatoczyła koła: - Wraca pod postacią piosenek. Teksty polskich raperów to obecnie najpiękniejsze słowa na rodzimym rynku muzycznym. Gdzieś w tym wszystkim pojawił się również kłopot z jednoznacznym określeniem, co właściwie jest hip-hopem. Ale czy to problem? Dla raperskich konserwatystów, którzy uważają, że Afromental czy Marika to w żadnym wypadku nie jest hip--hop, owszem. Odrzucając jednak wszelkie dyskusje o poziomie artystycznym, należy zauważyć, że rap, podobnie zresztą jak każdy gatunek muzyczny, ewoluował. Wciąż słyszymy multum agresywnych tekstów z obelgami pod adresem policji i autentyczne teksty o problemach w domu czy jaraniu marihuany. Ale oprócz tego na polskiej scenie zadomowili się autorzy nawijający o problemach z dziewczynami czy rapujący w gwarze śląskiej. Jak BU - muzyk z wytwórni MaxFloRec założonej przez Rahima - który tłumaczy fanom, że gwara mu się bardzo podoba, bo otwiera w tekstach zupełnie nowe możliwości. Co wybierze słuchacz, to już jego indywidualna sprawa. Ważne, żeby po odsłuchu z pełnym przekonaniem powtórzył za Peją: "Jest jedna rzecz, dla której warto żyć - hip-hop i nie zmienia się nic"

Czytaj więcej: http://www.polskatimes.pl/artykul/3638568,lawka-chlopaki-z-blokow-krotka-historia-polskiego-rapu,2,id,t,sa.html



Dodaj komentarz






Dodaj

© 2013-2024 PRV.pl
Strona została stworzona kreatorem stron w serwisie PRV.pl